Oprócz przerzedzonych końców widać także... dość spore naturalne odrosty. Otóż ze względu na ogromne uwrażliwienie skalpu, jego przesuszenie i reakcję alergiczną na prawie wszystko, postanowiłam na jakiś czas zrezygnować z farbowania zarówno chemicznego, jak i ziołowego. Czy jest to decyzja na stałe i czy uda mi się zapuścić w całości naturalny kolor? Czas pokaże. Póki co wmawiam sobie, że siwe pasemko na skroni jest prawie tak fajne jak u doktora Strange i staram się doprowadzić mój skalp do ładu. Swoją drogą przejście COVID-19 może pogarszać także siwienie, co zbadano tutaj i tutaj. Ale to już materiał na osobą historię :).
Oprócz przerzedzonych końców widać także... dość spore naturalne odrosty. Otóż ze względu na ogromne uwrażliwienie skalpu, jego przesuszenie i reakcję alergiczną na prawie wszystko, postanowiłam na jakiś czas zrezygnować z farbowania zarówno chemicznego, jak i ziołowego. Czy jest to decyzja na stałe i czy uda mi się zapuścić w całości naturalny kolor? Czas pokaże. Póki co wmawiam sobie, że siwe pasemko na skroni jest prawie tak fajne jak u doktora Strange i staram się doprowadzić mój skalp do ładu. Swoją drogą przejście COVID-19 może pogarszać także siwienie, co zbadano tutaj i tutaj. Ale to już materiał na osobą historię :).
Koloryzacja włosów może, ale nie musi być wykonywana u fryzjera. Nie musi się także wiązać z ogromnymi zniszczeniami włosów, szczególnie w przypadku farbowania się na ciemny odcień. Brązy i czernie można uzyskać zarówno za pomocą farb chemicznych, jak i ziołowych. Ja osobiście jestem zwolenniczką przeplatania jednej i drugiej metody. Za pomocą ziół uzyskuje się bardzo intrygujący odcień oraz efekt odżywienia i pogrubienia. Z kolei zastosowanie co jakiś czas farby klasycznej pozwala wyrównać i utrwalić kolor. Poniżej przedstawiam mój ulubiony sposób na farbowanie.
Ziołowa koloryzacja włosów jest zabiegiem wartym uwagi. Oczywiście, zanim się do niej przystąpi, trzeba wykonać próbę uczuleniową oraz upewnić się, że jesteśmy świadomi wszystkiego, co się z nią wiąże. Mianowicie jest to kolorystyczne zobowiązanie na stałe - próby rozjaśnienia indygowanych włosów kończą się tak zwanym "glonem", czyli zielenią. Indygo występuje nie tylko solo, można je znaleźć także w mieszankach ziołowych farbujących na różne odcienie brązu. Czystą hennę ewentualnie można próbować rozjaśniać, podobnie cassię, jednak pamiętajmy, że:
indygo + utlenianie = glon
także, cytując liścik dołączony do peleryny niewidki Harry'ego Potter'a: korzystaj mądrze. Są sposoby na pozbycie się nieutlenianego niczym indygo z włosów, co pozwala zaryzykować utlenianiem chemicznym, ale o tym opowiem przy innej okazji.
Bardzo lubię mieszanki ziołowe Sattva i to ich używam najczęściej. Wychodzą bardzo korzystnie cenowo, bo w opakowaniu mamy aż 150g suchej masy ziół, co wystarcza na dwie koloryzacje włosów średniej długości. Dodatkowo znajdziemy w środku dwa czepki świetnej jakości, które z powodzeniem można wykorzystywać wielokrotnie, oraz mniej przydatne gadżety: dwie pary foliowych rękawiczek, które ześlizgują się z dłoni oraz pędzelek, który służy mi do mycia szczotek.
Połowę zawartości torebki wsypuję do plastikowej miseczki (w moim przypadku po jakimś jedzeniu na wynos #zerowaste) i mieszam plastikowym lub drewnianym sztućcem. Unikam kontaktu mieszanki z metalami. Do rozrobienia służy mi letnia, czarna herbata. Docelowo całość powinna mieć konsystencję gęstej śmietany, tak jak poniżej.
Następnie czas na aplikację na mokre włosy, dokładnie umyte szamponem z mocnym detergentem. Najwygodniej nakłada mi się mieszankę po prostu dłońmi, zabezpieczonymi oczywiście rękawiczkami nitrylowymi. Jestem wielką fanką metody spiralkowej, która pozwala na dokładne pokrycie całych włosów i jednocześnie ogranicza ich plątanie oraz ułatwia późniejsze zmywanie.
Kolejny krok jest najtrudniejszy w całym procesie indygowania: należy wytrzymać z miksturą na głowie jak najdłużej. Zapach jest dużo bardziej intensywny niż w przypadku zwykłej henny, dodatkowo ciężar na głowie potrafi być odczuwalny, a po pewnym czasie mieszanka zaczyna spływać. Nie udało mi się nigdy wytrwać dłużej niż 3,5 godziny, ale zawsze starałam się wytrzymać minimum 2h. Po tym czasie całość spłukuje się wyłącznie wodą. Trwa to bardzo długo i warto się przyłożyć. Nie nakładam żadnych kosmetyków aż do kolejnego, już standardowego mycia. W tym czasie kolor ewoluuje, barwnik silniej wiąże się z włosem i utlenia się naturalnie, dając w efekcie piękną, granatową czerń.
Koloryzacja ziołowa ma to do siebie, że nadbudowuje się z czasem, a odrosty mają nieco inny odcień, niż końce. W celu zniwelowania tego efektu stosuję indygowanie naprzemiennie z farbowaniem chemicznym. Nie tylko wyrównuję w ten sposób kolor, ale też zwiększam przyczepność indygo przy kolejnym ziołowaniu (delikatnie podniszczone farbą włosy chętniej łapią barwnik roślinny).
Miesiąc po indygowaniu następuje zatem farbowanie chemiczne. Używam do tego celu farb fryzjerskich Allwaves (najczęściej w kolorze 1.0), które miesza się z utleniaczem o znanej mocy. Jest to dla mnie szczególnie istotne, ponieważ w przypadku farbowania ciemnych włosów na ciemny kolor nie trzeba używać wysokich stężeń, 3% w zupełności wystarczy. Im niższe stężenie utleniacza, tym mniejsze zniszczenia na długości. Sprawa jest kluczowa, ponieważ to właśnie ze względu na kontrolę nad stężeniem wody utleniającej koloryzacja farbą fryzjerską w domu znacząco mniej niszczy włosy niż analogiczny proces przeprowadzony z wykorzystaniem farby drogeryjnej, do której za zwyczaj dodany jest deweloper o bardzo wysokim stężeniu, żeby mieć pewność, że większość klientów uzyska efekt taki jak reklamowany na opakowaniu.
Krótka ściągawka:
- 3% (10 vol) - rozjaśnienie o 0-1 ton (niczego nie musi rozjaśniać, ale musi być obecny, by farba zadziałała)
- 6% (20 vol) - rozjaśnienie o 2 tony (wystarczy, by na brązowych włosach uzyskać ognistą rudość, jednocześnie taka koloryzacja nie niszczy tak mocno jak ta przy użyciu farby drogeryjnej)
- 9% (30 vol) - rozjaśnienie o 3 tony (przy blondach)
- 12% (40 vol) - trochę hardcore, w domu lepiej odpuścić, jeśli się nie jest profesjonalistą.
Farbę mieszam z wodą utleniającą w stosunku 1:1,5 uzyskując mieszankę jak na zdjęciu poniżej:
Aplikuję czasami na same odrosty, czasami także na długość. Po 30 minutach spłukuję, myję delikatnym szamponem i aplikuję proteinową maskę i przez kolejny miesiąc cieszę się świetnym kolorem. Po tym czasie ponawiam koloryzację ziołową.
Ale jak to: najpierw piszę, że nie wolno utleniać indygowanych włosów pod groźbą uzyskania na nich zielonego "glona", a chwilę później piszę, że używam farby chemicznej z utleniaczem. Tutaj znowu kluczem jest zarówno stężenie wody utleniającej, jak i dobór koloru farby. Nie rozjaśniam włosów, farbuję je na czarno. Gdyby nawet 3% utleniacz był w stanie doprowadzić indygo do koloru zielonego, zostałoby to od razu zakryte czernią. W przypadku brązów należałoby zapewne nieco bardziej uważać.
Z okazji pierwszej rocznicy lockdownu w Polsce zebrało mi się na wspominki. Jesienią 2019 miałam służbowy wyjazd do Chin, który był niesamowitą przygodą. Była to moja pierwsza wizyta na inny kontynencie, więc towarzyszyły jej ogromne emocje. Wszystko było nowe, inne i bardzo fascynujące. Miałam okazję zweryfikować swoje wyobrażenia na wiele tematów. Faktycznie - dostęp do "naszych" mediów społecznościowych był znacznie utrudniony i trzeba było kombinować z VPN, a "nasze" karty płatnicze praktycznie nigdzie nie działały (z wyjątkiem bankomatów The Bank Of China, z których na szczęście bez problemu można było wypłacić gotówkę i to po rozsądnym kursie). Jednak te drobne niedogodności nie były w stanie przyćmić ogromnego wrażenia, jakie wywarła na mnie ta podróż.
Kuchnia, której miałam okazję doświadczyć, dalece różniła się od "chińskiego" jedzenia, które możemy nabyć w budkach w Polsce. Nadal nie jestem pewna, czy wiem, co jadłam, jednak absolutnie nie mam na myśli stereotypowych wątpliwości co do pochodzenia mięsa! Chodzi mi raczej o problem z tłumaczeniem nazw niezliczonych dodatków i przekąsek. Nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że google translator nie zawsze dawał radę, więc jedząc grzybki ciężko mu uwierzyć, że są to bakterie :). Ogólna recenzja kuchni chińskiej z Zhengzhou : pyszności!
Na każdym kroku zachwycałam się małymi rzeczami. Uczę się języka japońskiego, w którym występują znaki kanji zapożyczone z języka chińskiego. Każdy znak, który rozpoznałam na ulicy, niesamowicie mnie cieszył! Fascynowała mnie także roślinność, która dla miejscowych była najzwyklejszą w świecie codziennością, a ja miałam okazję na żywo podziwiać ją głównie w palmiarniach. Poniżej zdjęcie znaku oznaczającego po japońsku "duży" wyrytego w bambusie rosnącym po prostu przy chodniku.
Sporo ludzi przemieszczało się po mieście skuterami wyposażonymi w specjalne kubraczki zabezpieczające przed zmarznięciem dłoni i nie tylko, poniżej dodaję zdjęcie poglądowe. Design bywał najróżniejszy, od minimalistycznych po totalnie kawaii.
Oczywiście nie tylko ja się czułam zafascynowana wszystkim dookoła. Okazało się, że otoczenie także zwraca na mnie uwagę. Kilkakrotnie byłam proszona o pozwolenie na zrobienie sobie ze mną zdjęcia, co ochoczo czyniłam w zamian za poinstruowanie mnie odnośnie drogi (mapy w telefonie też miały problem). Na początku myślałam, że owo zainteresowanie wynika z mojego wzrostu (178 cm), który znacznie różnił się od wzrostu typowej osoby na ulicy. Jednak dość szybko nabrałam podejrzeń, że to nie jedyny powód. Wędrując pasażem handlowym natknęłam się na stragan z... kaszkietami z doczepionymi kręconymi, brązowymi włosami!
Ewidentnie moja fryzura była tam wtedy modna :) Spotkanie kogoś, kto nie nosi peruki i ma kręciołki naturalnie, musiało być ciekawe. Natomiast ja jadąc metrem i obserwując ludzi bardzo im zazdrościłam koloru, blasku i właśnie struktury włosów, które tworzą kruczą taflę. Zamieniłabym się :) Poniżej zdjęcie poglądowe z ostatniego spaceru, żeby dociekliwy czytelnik miał szansę porównać moją fryzurę z kaszkietowymi wersjami. Rok temu jeszcze nie farbowałam włosów i były ciemnobrązowe, więc bardziej pasowałam do kaszkietowego trendu :)
Mam ogromną nadzieję, że szczepienia przyniosą skutek i pandemia zostanie jak najszybciej opanowana, a życie wróci do normalności i podróże znów będą możliwe. Czytanie o dalekich krajach i oglądanie filmów na ich temat nie zastąpi doświadczenia na własnej skórze innej kultury.
A czy Wy zdecydowaliście się na jakąś włosową zmianę w pandemię?








